FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Zaloguj  Zarejestruj  
Fundacja Niechciane i Zapomniane - SOS dla Zwierząt - Strona główna forum   

Tęczowy Most -> Mój Berdysz


Psiaki, które za szybko odeszły...przekroczyły Tęczowy Most...

Moderatorzy: katya, nata


Mój Berdysz

Postprzez Tusia » Śr lis 19, 2008 22:35

Odejście Szkielecika (mimo że go nie znałam...) ruszyło w moim sercu to o czym starałam się nie pamiętać. O moim staruszku, którego tak bardzo mi brak. O najcudniejszym psie świata. O najwierniejszym. O moim Berdyszu...

Kiedy pierwszy raz go widziałam nawet przez myśl mi nie przeszło że kiedyś zawładnie moim sercem. Nie był bezdomny. Miał swojego Pana. Ten pan był artystą i jak to artyści czasem był lepiej sytuowany, czasem mniej, czasem wcale. Ten Pan był starym znajomym mojej bliskiej koleżanki Sylwi (też psiary). Berdysz wraz ze swoim Panem tworzyli zgraną drużynę samotnych facetów idących przez życie własnymi ścieżkami. O jego wcześniejszych losach wiem tyle że ktoś go oddał do pabianickiego schroniska już jako nie młodego psa. U nowego Pana zawsze mógł liczyć na dobre słowo i ciepło głaskającej ręki. Nie zawsze na pełną miskę czy ciepłe posłanie. Bo i jego Pan nie wiele, po za talentem, miał. Ale dawali sobie radę. Berdysz i jego Pan.
Aż 31 października 2006 roku Pana zabrała policja za nie zapłacone alimenty. A Berdysz już jako psi staruszek wrócił do tego samego schronu. Sylwia rozpoczęła walkę. Sama ma agresywnego psa samca (ale i tak kochany z Tungusa pies :wink: ). Zaczęła szukać mu nowego lokum. Nie mogłam się nie zgodzić. Psa było bardzo ciężko odebrać. Kwarantanna, święto wszystkich świętych i tak dalej. Berdysz od razu się rozchorował, ledwo stał na nogach. Sylwi udało się go zabrać (nawet nie chcę wiedzieć jak...).
Niesamowite co 3 dni w schronisku zrobiły z tym psem. W zasadzie był w szoku. Nie wiedział co się z nim dzieje, przewracał się. Pierwsze dni to był koszmar. Myślałam że go stracimy, miał nosówkę. Nie wstwał, załatwiał się pod siebie, jeśli jadł to na leżąco. Wodę trzeba mu było podstawiać pod pysk. A Berdysz to nie jamnik. Nie było szans żebym go podniosła. Przekręcałam go tylko z boku na bok żeby nie dostał odleżyn a w nocy spałam z nim na podłodze.
Po tygodniu zaczął wstawać. Doszedł do siebie. Miałam wtedy moją Lunkę (która szczęśliwie jest z nami cały czas) oraz piękną Gaję (mieszańca amstaffa)-oczywiście też znajdę. Berdysz jako dziadzio miał miejsce w domu podczas gdy moje dziewczynki królowały na podwórku. Szybko się ze sobą zaprzyjaźnili. Berdysz pokochał całym sercę Gaję (mimo że była po sterylizacji). Z uporem maniaka chciał wychodzić na zewnątrz by z nią być. Starałam się rozsądnie mu dawkować ruch na świerzym powietrzu. Okazał się psem absolutnie łagodnym. Na moje koty chodzące mu dosłownie przed nosem nie reagował. Udawał że nie widzi. Nas pokochał całym sercem. Pamiętam kiedy go pierwszy raz puściłam na spacerze. Okazało się że jest niesamowicie posłuszny. Nie oddalał się ode mnie i przychodził jak sczeniak na każde zawołanie. Pamiętam kiedy pierwszy raz zaczął biegać po domu jak podlotek poszczekując przy tym radośnie. Albo pierwsze czesanie. Na dwie raty (2 x po 4 godziny) bo mnie ręce bolały ale on nie miał dość i prosił o jeszcze. I całą podłogę miałam białą od kulek jego sierści. Zupełnie jakbym ogoliła stado owiec :wink: Śmiałam z moją mamą że powinien po tym zostać łysy. I zawsze przy czesaniu nadstawiał tą szlachetną głowę na mizianko. A kiedy mówiłam: ,,Berdyś na drugi boczek'' to nie wstając przekręcał się by go jeszcze czesać. Nie wiem skąd wiedział. I nauczyłam go szczekać jeden raz na hasło: Berdyś raz!'' , potrafił tak do trzech...
I tak bardzo nas pokochał. Nigdy wcześniej nie przygarniałam staruszka. To niesamowite jak bardzo się odwdzięczają. Szczeniaki tak nie potrafią. Głupiutkie kuleczki. To był pies co znał życie. Wiedział jak cenny jest dom i miłość. Do tego był bardzo spokojny i mało absorbujący. Nie kręcił się nieustannie pod nogami. Leżał na swoim posłanku i czekał na zawołanie albo na spokojny moment by przyjść się przytulić.
Spędził z nami 5 cudownych miesięcy. W połowie kwietnia zaginęła mi Gaja. Sunia była niezwykle skoczna i mimo podniesienia siatki na prawie 2 metry udawało się jej wyskoczyć. Zazwyczaj po 10 min już była pod bramą. W końcu nie wróciła... Nigdy już jej nie odnalazłam mimo poszukiwań. Kiedy jej zabrakło Berdyś wpadł w depresję. Przestał wychodzić na zewnątrz. Więcej leżał na swoim posłaniu. Stawy się zastały i mimo wizyt lekarzy przestał chodzić. A ważył tyle że strach go było próbować wypuszczać. Jeśli by się przewrócił nie wniosła bym go zpowrotem. Ale ponad tydzień o niego walczyłam. W kocu, we dwie z Sylką woziłyśmy go do lecznicy. Kroplówki, leki, masaże...
W nocy z 29/30 Berdyś zaczął mi wyć w nocy. Taksówka, lecznica całodobowa, kroplówki, leki przeciwbólowe, badanie krwi. Wynik: totalny rozpad nerek i wątroby. Poczekałam na Sylwie. Zabrałyśmy go do drugiej lecznicy gdzie diagnozę potwierdzono i Berdyś zasnął, wreszcie spokojnie na moich kolanach...
Mój kochany najdroższy, najpiękniejszy pies.
Prosto po tym pojechałyśmy z Sylwią na imprezę zorganizowaną głównie przez nią. Pod hipermarketem zbierałyśmy pieniądze dla bedomnych psów, zachwalaliśmy czworonogi które przyjechały ze schroniska i wiele z nich tego dnia pojechało do nowych domów.
A po tem pochowaliśmy mojego najkochańszego Misia-Berdysia.

Choć to zabrzmi dziwnie tej nocy Berdysz śnił się swojemu Panu. A po wyjściu na wolność, bez swojego psa sam odszedł za tęczowy most. Są tam razem. Dwaj samotni faceci idący przez życie własnymi ścieżkami. Mam nadzieję że po tamtej stronie też ich spotkam...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Ostatnio edytowano Cz kwi 30, 2009 18:16 przez Tusia, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
Tusia

5
 
Posty: 1544
Dołączył(a): Śr gru 05, 2007 20:52
Lokalizacja: Łódż

Postprzez jola » Śr lis 19, 2008 23:25

Przeczytałam. I nie napiszę nic ponad to, że po opisaniu historii ukochanego psa jakoś tak lżej się robi na duszy i ma się wrażenie, że jednak nie umarł do końca, że coś po nim zostało... Nie tylko w nas...
Avatar użytkownika
jola

Członek Fundacji
 
Posty: 1818
Dołączył(a): N lis 19, 2006 12:36
Lokalizacja: Łódź

Postprzez nata » Cz lis 20, 2008 09:47

piękny pies... :(

czy na tej imprezie pod hipermarketem to się przypadkiem nie spotkaliśmy wszyscy?
Nie dyskutuj z idiotą - najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem.
Avatar użytkownika
nata

Członek Fundacji
 
Posty: 1554
Dołączył(a): Pn sty 01, 2007 15:13

Postprzez Tusia » Cz lis 20, 2008 21:30

Ja Was jeszcze wtedy nie znałam :wink: Cała impreza była pomysłem Sylwi z tego co wiem. Jedna była pod Tesco i jedna pod Gant-em na Włókniarzy
A faktycznie pisanie o zmarłym psie daje takie poczucie że się pamięta, że nadal jest dla niego miejsce w sercu...
Avatar użytkownika
Tusia

5
 
Posty: 1544
Dołączył(a): Śr gru 05, 2007 20:52
Lokalizacja: Łódż

Postprzez Tusia » Cz kwi 30, 2009 18:55

Dziś mija druga rocznica śmierci Berdysia. Chyba powinnam napisać że to było tak nie dawno, że nie wiem kiedy zleciało. A ja mam zupełnie inne odczucia. Po Berdyszu było u mnie tyle psów, każdy inny, każdy kochany i tyle z nich odeszło. Odeszło do nowych domów a jednak czuje się że w jakimś sensie odeszły, ode mnie... I zdaje mi się że Berdysza, mojego kochanego, poczciwego Berdysza nie ma ze mną już tak długo... A cały czas uważam że nie było wspanialszego psa pod słońcem.

Ty nie śpisz Berysiu, Ty biegasz po zielonych łąkach, wiatr rozwiwa Ci uszy i masz ten uśmiech na pysku...
Słonecznej pogody Ci życzę na ten spacer, gdziekolwiek masz szczęście biegać...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Avatar użytkownika
Tusia

5
 
Posty: 1544
Dołączył(a): Śr gru 05, 2007 20:52
Lokalizacja: Łódż

Postprzez Ewelajna ;-) » So maja 30, 2009 08:42

Jejku, jaka piękna i wzruszająca historia... aż mam szklanki w oczach...
Cudowny psiak... Tak bardzo mi przypomina moją Daisy...
Dorosły psiak po przejściach tak pięknie potrafi kochać. Bez słów potrafi wyrazić, jak bardzo jest wdzięczny.
Jak pisałaś o tych spacerach... moja Daisy po każdych kilku krokach ogląda się i sprawdza czy jej nigdzie nie zginęłam, a jak ją zawołam przybiega z taką radością, jakby dostała największą z możliwych, nagrodę.
W domciu grzecznie śpi, przychodząc czasem, aby przypomnieć o swoim istnieniu i prosząc o chwilę dotyku. Jak tylko usłyszy swoje imię natychmiast jest przy mnie.
Psy to najwspanialsze stworzenia tego świata i Twój Berdysz do tych najwspanialszych należał.
I powiem Ci, że jesteś jednym z niewielu Aniołów na tej ziemi i mam nadzieję, że całe dobro, które oddajesz powróci do Ciebie, kiedy będziesz najbardziej tego potrzebowała.
Pozdrawiam gorąco!
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Tęczowy Most

 



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości