Kiedy pierwszy raz go widziałam nawet przez myśl mi nie przeszło że kiedyś zawładnie moim sercem. Nie był bezdomny. Miał swojego Pana. Ten pan był artystą i jak to artyści czasem był lepiej sytuowany, czasem mniej, czasem wcale. Ten Pan był starym znajomym mojej bliskiej koleżanki Sylwi (też psiary). Berdysz wraz ze swoim Panem tworzyli zgraną drużynę samotnych facetów idących przez życie własnymi ścieżkami. O jego wcześniejszych losach wiem tyle że ktoś go oddał do pabianickiego schroniska już jako nie młodego psa. U nowego Pana zawsze mógł liczyć na dobre słowo i ciepło głaskającej ręki. Nie zawsze na pełną miskę czy ciepłe posłanie. Bo i jego Pan nie wiele, po za talentem, miał. Ale dawali sobie radę. Berdysz i jego Pan.
Aż 31 października 2006 roku Pana zabrała policja za nie zapłacone alimenty. A Berdysz już jako psi staruszek wrócił do tego samego schronu. Sylwia rozpoczęła walkę. Sama ma agresywnego psa samca (ale i tak kochany z Tungusa pies
Niesamowite co 3 dni w schronisku zrobiły z tym psem. W zasadzie był w szoku. Nie wiedział co się z nim dzieje, przewracał się. Pierwsze dni to był koszmar. Myślałam że go stracimy, miał nosówkę. Nie wstwał, załatwiał się pod siebie, jeśli jadł to na leżąco. Wodę trzeba mu było podstawiać pod pysk. A Berdysz to nie jamnik. Nie było szans żebym go podniosła. Przekręcałam go tylko z boku na bok żeby nie dostał odleżyn a w nocy spałam z nim na podłodze.
Po tygodniu zaczął wstawać. Doszedł do siebie. Miałam wtedy moją Lunkę (która szczęśliwie jest z nami cały czas) oraz piękną Gaję (mieszańca amstaffa)-oczywiście też znajdę. Berdysz jako dziadzio miał miejsce w domu podczas gdy moje dziewczynki królowały na podwórku. Szybko się ze sobą zaprzyjaźnili. Berdysz pokochał całym sercę Gaję (mimo że była po sterylizacji). Z uporem maniaka chciał wychodzić na zewnątrz by z nią być. Starałam się rozsądnie mu dawkować ruch na świerzym powietrzu. Okazał się psem absolutnie łagodnym. Na moje koty chodzące mu dosłownie przed nosem nie reagował. Udawał że nie widzi. Nas pokochał całym sercem. Pamiętam kiedy go pierwszy raz puściłam na spacerze. Okazało się że jest niesamowicie posłuszny. Nie oddalał się ode mnie i przychodził jak sczeniak na każde zawołanie. Pamiętam kiedy pierwszy raz zaczął biegać po domu jak podlotek poszczekując przy tym radośnie. Albo pierwsze czesanie. Na dwie raty (2 x po 4 godziny) bo mnie ręce bolały ale on nie miał dość i prosił o jeszcze. I całą podłogę miałam białą od kulek jego sierści. Zupełnie jakbym ogoliła stado owiec
I tak bardzo nas pokochał. Nigdy wcześniej nie przygarniałam staruszka. To niesamowite jak bardzo się odwdzięczają. Szczeniaki tak nie potrafią. Głupiutkie kuleczki. To był pies co znał życie. Wiedział jak cenny jest dom i miłość. Do tego był bardzo spokojny i mało absorbujący. Nie kręcił się nieustannie pod nogami. Leżał na swoim posłanku i czekał na zawołanie albo na spokojny moment by przyjść się przytulić.
Spędził z nami 5 cudownych miesięcy. W połowie kwietnia zaginęła mi Gaja. Sunia była niezwykle skoczna i mimo podniesienia siatki na prawie 2 metry udawało się jej wyskoczyć. Zazwyczaj po 10 min już była pod bramą. W końcu nie wróciła... Nigdy już jej nie odnalazłam mimo poszukiwań. Kiedy jej zabrakło Berdyś wpadł w depresję. Przestał wychodzić na zewnątrz. Więcej leżał na swoim posłaniu. Stawy się zastały i mimo wizyt lekarzy przestał chodzić. A ważył tyle że strach go było próbować wypuszczać. Jeśli by się przewrócił nie wniosła bym go zpowrotem. Ale ponad tydzień o niego walczyłam. W kocu, we dwie z Sylką woziłyśmy go do lecznicy. Kroplówki, leki, masaże...
W nocy z 29/30 Berdyś zaczął mi wyć w nocy. Taksówka, lecznica całodobowa, kroplówki, leki przeciwbólowe, badanie krwi. Wynik: totalny rozpad nerek i wątroby. Poczekałam na Sylwie. Zabrałyśmy go do drugiej lecznicy gdzie diagnozę potwierdzono i Berdyś zasnął, wreszcie spokojnie na moich kolanach...
Mój kochany najdroższy, najpiękniejszy pies.
Prosto po tym pojechałyśmy z Sylwią na imprezę zorganizowaną głównie przez nią. Pod hipermarketem zbierałyśmy pieniądze dla bedomnych psów, zachwalaliśmy czworonogi które przyjechały ze schroniska i wiele z nich tego dnia pojechało do nowych domów.
A po tem pochowaliśmy mojego najkochańszego Misia-Berdysia.
Choć to zabrzmi dziwnie tej nocy Berdysz śnił się swojemu Panu. A po wyjściu na wolność, bez swojego psa sam odszedł za tęczowy most. Są tam razem. Dwaj samotni faceci idący przez życie własnymi ścieżkami. Mam nadzieję że po tamtej stronie też ich spotkam...

























