Dzisiaj do zaprzyjaźnionej lecznicy pani przyniosła kota, którego znalazła w lesie. Kot co najmniej od tygodnia leżał w jednym miejscu pod drzewem. Jedno oko całkiem zalepione, drugie zupełnie wybałuszone.
Pani będąc tam na jagodach i widząc go codziennie pod tym drzewem, nie miała sumienia go nie wziąć. Zabrała do weta i tu się zaczął problem. Schronisko odmówiło przyjęcia, w lecznicy nie ma jak przechować. Kot ma koci katar, nie wiadomo czy da się uratować to oko. Miał pełno kleszczy.
Poza tym jest słodki, grzeczny, typowo domowy, mruczący.
U tej pani nie może zostać! Ma ona alergię na sierść, nigdy nie miała zwierzęcia żadnego i nie zna nawet podstawowych tematów związanych z opieką nad kotem, co dopiero chorym. Poza tym sytuacja finansowa też nie pozwala na zakup leków dla niego. Kot dostał dzisiaj antybiotyk, trzeba mu też zakraplać oczy.
W naszym piep**** kraju wychodzi na to, że jak ktoś zlitował się nad umierającym kotem to sam sobie zrobił problem, bo znikąd nie otrzyma pomocy. Pani nie ma ani kasy ani możliwości opieki nad kotem, ale też nie ma sumienia zostawić go tam gdzie żeby skonał w cierpieniach.
Błagam, czy ktoś może pomóc temu kotu? Jest to kocur, ok 3-letni, biało-czarny.























