Wolontariusze mogli zabierać go na chwilkę na spacerki, to było dla niego
króciutkim wytchnieniem. Pewnego dnia gips spadł mu z łapy, a może mu
trochę pomógł, tego nie widzieliśmy. Niestety łapa nie była zdrowa, kości
jeszcze się nie zrosły. Nie wiadomo było jaki byłby wynik operacji w celu
prostego złożenia kości. Skomplikowany zabieg, najprawdopodobniej długi
czas powrotu do zdrowia i oczywiście duża niewiadoma stawiały wiele znaków zapytania odnośnie jego losu. Co robić? Skazać go na nieskończenie długie przesiadywanie w zamkniętym pomieszczeniu, bez powietrza, słońca i trawy gdzie możliwość infekcji przy jego obniżonej odporności jest pewna? Podjęliśmy ryzykowną decyzję o umieszczeniu o w hoteliku dla zwierząt, na wsi, na łonie natury. Decyzja okazała się ze wszech miar trafna. Pani, która jest włascicielką hotelu, żartuje, ze wszyscy delikwenci przyjeżdżają do niej jak do sanatorium i tak jest rzeczywiście. Opiekuje się pieskami tak dobrze i z takim sercem, że zwierzaki zdrowieją w oczach. Tak było i z Luckim. Piękne lato, doskonała opieka i pyszne jedzenie, a przede wszystkim miłość opiekunów spowodowała, że piesek wyzdrowiał. Brakowało mu tylko domu. Myśleliśmy, że to jakiś pech, tak bardzo niesprawiedliwy. Na nic nasze anonse, różnego typu poszukiwania. Pustka w eterze. A jednak i Lucky ma dom. Tak długo czekał, aż pewnego dnia czterch chłopców zobaczyło Luckiego, a on ich i zaiskrzyło. Miłość od pierwszego wejrzenia.
Chciałoby się powiedzieć pięciu muszkieterów. On ich broni przed wszystkim co w jego przekonaniu nie jest dla nich dobre i opiekuje się nimi, a oni nim. Pokochali go również dorośli. Wszysczy są głęboko przekonani, że mają najpiękniejszego, najmądrzejszego, najcudowniejszego psa na świecie. I tak jest, nie ma o czym mówić.
Zima za pasem, ale Luckiemu nic nie grozi, ani wichry, ani zawieje. Leży
sonie w ciepłym domku przytulony do nowych przyjaciół i zapewne wszyscy marzą o niebieskich migdałach. a my z całego serca życzymy im aby te marzenia się spelniły.



















