FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Zaloguj  Zarejestruj  
Fundacja Niechciane i Zapomniane - SOS dla Zwierząt - Strona główna forum   

Tęczowy Most -> Sara z achalazją przełyku...


Psiaki, które za szybko odeszły...przekroczyły Tęczowy Most...

Moderatorzy: katya, nata


Postprzez Tusia » Wt maja 12, 2009 21:50

Mnie też się łza kręci w oku. Ze szczęścia że są tacy ludzie co staruszkę ze schroniska przygarną mimo bólu, nie myśląc o sobie, nie rozpamiętując i nie mówiąc: nigdy więcej bo już rozstania nie przeżyję. Bona dzięki Wam przeżyje teraz pewnie swoje najlepsze lata :D A co najważniejsze, w ogóle przeżyje :D
Avatar użytkownika
Tusia

5
 
Posty: 1544
Dołączył(a): Śr gru 05, 2007 20:52
Lokalizacja: Łódż

Postprzez Ewelajna ;-) » Śr maja 13, 2009 08:13

Dziękuję Tusiu za miłe słowa! ;-)
Postaram się, aby było jej jak najlepiej ;-)
Pozdrawiam serdecznie!
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt maja 15, 2009 11:18

Saruniu kochana dziś mija tydzień, od kiedy nie ma Cię z nami...
Tydzień - 7 dni, zarazem tylko i aż... Czas, który kosztował mnie i moją mamę morze łez, a wiele innych osób smutek i żal...
Mówiono o Tobie Księżniczka, cudowne maleństwo... Saruńka...
Dziś mogę choć odrobinę spokojniej wspominać Twoje krótkie życie...
Na twarzy maluje się wachlarz emocji - od radości, dzięki wspaniałym wspomnieniom, po smutek i żal, że już Cię tutaj nie ma...
Wzruszenie i łzy...
Jak Cię przyniosłam byłaś taka malutka... głodna, chuda, myślałam, że chora bo taka bezsilna...
Obrazek
Pozbyliśmy się robaków, a ciągle coś było nie tak...
Okazało się, że Twój przełyk nie jest taki jaki być powinien , dlatego zaczęliśmy odpowiednio Cię karmić... tak słodziutko mlaskałaś ciągnąc smoka...
Obrazek
No i było coraz lepiej... pięknie rosłaś...
Obrazek
Obrazek
Bawiłaś się....
Obrazek
Obrazek

Nawet mój Blacki miał do Ciebie sporo cierpliwości...
Obrazek

Wszyscy, którzy Cię znali, widzieli zrobili wszystko, aby Ci pomóc!
Życzyli Ci zdrowia i byli z nami...
Niestety nie udało się wygrać... ale uniknęłaś wszelkich cierpień...
Odeszłaś nieświadoma swojej choroby, otoczona miłością, ciepłem, najedzona i radosna...
Taką Cię będę pamiętać...
Obrazek
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt maja 15, 2009 11:23

Obrazek

Obrazek
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt maja 15, 2009 11:33

I taką malutką...
Obrazek

Obrazek

I taką dostojną...
Obrazek
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt maja 15, 2009 14:07

Nawet mój Blacki miał do Ciebie sporo cierpliwości...
Obrazek
Ale nawet on, choć nie przepada za towarzystwem, po Twoim odejściu czuł się nieswojo.
Dobrze, że 14:20 już minęła...
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Oli » Pt maja 15, 2009 18:44

Ewela.
Dziękuję Ci za te wspaniałe "wspominki" mimo tego, że znów lecą łzy... Są piękne.
Dzisiaj mija tydzień od tej okropnej zapłakanej podróży, pełnej żalu, martwej ciszy, niedowierzania, złości i kłębiących się myśli... Wierzę, że Saruni jest teraz dobrze... Przynajmniej chcę w to wierzyć. :)

Cieszę się razem z Boną, że odnalazło ją szczęście :) Chociaż tyle...
Oli
0
 
Posty: 1
Dołączył(a): Pt maja 15, 2009 18:27

Postprzez Ewelajna ;-) » So maja 16, 2009 09:23

Ja też staram się wierzyć jak Ty Oli ;-)
Dziękuję Ci Kochana, że byłaś ze mną!Mimo wszystko z Tobą było mi łatwiej!
Dziękuję, że bez żadnych słów zniosłaś ten ryk, lament na przemian z ciszą, krzyk, niecenzuralne słowa... Dziękuję za wyrozumiałość i przepraszam, że naraziłam Cię na taki stres.
Może rzeczywiście, choć brzmi to okrutnie - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Sarunia nie będzie się męczyć (a wiemy już, że mogłoby być bardzo ciężko), a Daisy będzie mogła godnie żyć. Bidula też wiele przeszła. Ona jest taka łagodna. Te pogryzienia i stres, który musiała przechodzić bojąc się, że sytuacja może się powtórzyć musiał być ogromny. No i taka z niej chudzinka... czuć wszystkie kości ;/ No, ale teraz będzie już tylko lepiej!Mam nadzieję!Oby jej tylko zdrowie dopisywało!
Ściskam Cię mocno i śle buziaki!
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt maja 29, 2009 22:07

No i minęły 3 tygodnie... dzięki Daisy nie płaczę, ale ciągle o niej pamiętam... przecież nigdy z resztą nie zapomnę...
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z moim Blackusiem:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Moja Kochana... najpierw miałam Cię oddać, później już wiedziałam, że zostaniesz, a życie napisało własny scenariusz...
No, ale uratowałaś inną psią istotkę...
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt maja 29, 2009 22:09

Obrazek
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Śr cze 03, 2009 23:26

Saruniu... wciąż pamiętam o Tobie!
Każdego dnia pojawiasz się w moich myślach.
Tak bardzo Cię Kochałam... mój mały Skarbie...
Cieszę się, bo mogę dać teraz miłość mojej ukochanej Daisy, która jest ze mną dzięki Tobie, ale i tak tęsknie za Tobą...
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Pt cze 26, 2009 10:14

Dziś kolejny piątek... zawsze ten dzień kojarzy mi się z tym okropnym wydarzeniem... I godzina 14:20... byłam już pod kliniką kiedy zadzwonił weterynarz... odebrałam i usłyszałam tylko "No nie..."... wiedziałam już, że coś się stało... Pamiętam jak dziś jak biło mi serce i jak prawie na oślep biegłam do niego na drugą stronę ulicy... byłam już w takim szoku, że prawie bym wpadła pod samochód... No i myślałam... kurcze pewnie się coś nie udało... ale przez myśl nawet wtedy mi nie przeszło, że nie żyje...
Do dziś każdego dnia ją wspominam...
Staram się już teraz myśleć o tym, co dobre... ale długo nie mogłam sobie darować, że dopiero po 3 tygodniach dowiedzieliśmy się co jej dolega...
Te pierwsze tygodnie to był koszmar... to karmienie jej co dwie godziny przez całą dobę 2-3 łyżeczkami zgniecionego mięsa z ryżem... i strach i stres przez kolejne 20 min. zwymiotuje czy się uda? I ten jej pisk... Raz było dobrze... jadła 3 posiłki i wszystko się przyjęło a innym razem raz po raz wymiotowała... musiała być głodna... później jak już było wiadomo co jej dolega potrafiła tyle zjeść...
Okazało się, ze jak ją wzięłam ważyła tylko trochę ponad kilogram, a ja myślałam, że trzy... a później, jak już w końcu mogła pojeść... zaraz 4 kg, 5... 7 kilo...
Moja Bidula... pewnie dlatego na początku w nocy w ogóle nie chciała spać... ale dzwoniłam na okrągło do weterynarza... karmiłam jak mówili... jeździłam na zastrzyki przeciwwymiotne.... jedna grupa leków nie działała, dostała inną... ale ciągle nie widzieliśmy o co chodzi....
Raz nawet zdarzyło się, że cały dzień ani razu nie wymiotowała....
Ale nigdy nie zapomnę tych nocy, kiedy nastawiałam zegarek (w razie gdym się sama nie obudziła) na 3:30... szykowałam jedzonko, dawałam jej pomalutku, żeby nie łykała... i czekałam... patrzyłam na zegarek. Mijało 5 min... myślałam, może się uda... 10... jest dobrze... i tak do 20-30 min. Czasem było ok... a czasem mijało 15-20 min. i zaczynała uciekać, żeby udało jej się zjeść to co przed chwilą wymiotowała... Boże!Jak mnie serce wtedy bolało... Te kilka tygodni to był jeden wielki stres...
Później już było lepiej... diagnoza przeraziła... ale nikt się nie poddał... Chcieliśmy jej pomóc... Stopniowo zwiększałam dawki jedzenia, nie było żadnych wymiotów, metabolizm pod kontrolą...
Tak szalała, że człowiekowi czasem puszczały nerwy, zwłaszcza, że wychodziło już zmęczenie organizmu, bo przez te tygodnie spało się koło 4 h na dobę... ale byłam szczęśliwa, że rośnie i ładnie się rozwija...
Moje małe cudo!!!
No, ale dzięki niej jest z nami Daisunia... jest wspaniała. Taka wdzięczna... na szczęście zdrowa, choć trochę głucha... i ma jakąś dziwną dziurę nad okiem po jednej stronie... może miała pękniętą czaszkę kiedyś... , ale sierść na główce pięknie odrasta i ogon jej zgrubiał... i nie tylko ogon ;-)
Oby tylko z moim Blackim było wszystko ok... bo jakiś czas temu wyczułam u niego guzek... później nie mogłam go zlokalizować i myślałam, ze się pomyliłam, że to tylko jego skóra (chłopak jest dobrze zbudowany ;-)), ale wczoraj zorientowałam się, że tam coś jest....
W przyszłym tygodniu biopsja... oby to nie było raczysko...
No nic zabieram się za mgr, bo o psiakach mogłabym pisać bez końca ;-)
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Śr sie 12, 2009 16:27

W sobotę minęły 3 miesiące od kiedy Sarunia odeszła.
Coś mnie naszło, zaczęłam oglądać jej wszystkie zdjęcia...
Jeszcze każdy powrót do tych fotografii kończy się łzami.
Nadal nie mogę sobie darować tych 3 pierwszych tygodni, kiedy wymiotowała, kiedy musiała być głodna... dostawała tak malutko jedzenia... Po kilka łyżeczek co 2-3 h przez całą dobę. No, ale czasem zaraz zwymiotowała, a nawet jak nie to i tak pewnie była głodna, a bynajmniej nie najedzona. No, ale było powiedziane, że więcej nie wolno. Oczywiście zdarzały się dni, że wymiotowała tylko raz na 3 posiłki, albo nawet raz w ciągu dnia, czasem w ogóle.
Wiem jednak ile mogła zjeść... ona przecież rosła. Jak tylko dowiedzieliśmy się co jej dolega... dostawała na początku dwie małe buteleczki, co 3-4 h, później 3...4... później nieraz już nawet 5...
Miksowałam ugotowane mięsko z marchewką albo puszki z wodą... do tego gotowane siemię lniane,żeby to było gładziutkie... brałam na palce, sprawdzałam czy nie ma najmniejszej grudeczki... czasem jeszcze przez drobniutkie sitko przecedzałam... Najpierw namaczanie, miksowanie, cedzenie, przelewanie, mycie... co póltora do dwóch dni ceremonia 2-3 godzinna... Ale nawet jakoś na to nie narzekałam. Taka byłam szczęśliwa jak słyszałam to mlaskanie. Jak widziałam jak już czeka, żeby mi wskoczyć na kolanka... Jak rośnie... To miała być piękna, duża suka.
Boże!Tak się bałam tej operacji... tej odmy. Nie chciałam jej oddawać do żadnej lecznicy... a jednocześnie bałam się pierwszych kilku dni, kiedy wiadomo było, że konieczna będzie 24-godzinna obserwacja i ewentualna natychmiastowa podróż do lecznicy...
Ale najważniejsze było,żeby była zdrowa, żeby mogła normalnie funkcjonować.
Oczywiście były chwile zmęczenia, bo człowiek spał tylko 4h na dobę, ciągle trzeba było sprzątać siuśki... jedzenie miała mieszane z wodą, więc siusiała bardzo dużo... Po każdym karmieniu szalała dwie godziny... zrywała tapetę ze ścian... szczekała nie do wytrzymania czasem... pracę mgr mogłam pisać jak zasnęła... Zanim podrosła ciągle gryzła i łapała za nos... a miała takie szpileczki... oj parę ładnych strupków było na twarzy i na nogach... Była też okropnie uparta ;-)
Nie chciałam jej zostawiać samej, więc wychodziłam tylko na obowiązkowe zajęcia raz w tygodniu i dwa razy w tyg. na angielski... Znajomi się mnie czepiali, że zachowuję się jakbym miała dziecko, a to tylko pies...
Ale ja ją kochałam jak dziecko... bo to było takie małe dziecko...
I wiem, że ona też już była do mnie przywiązana... płakała kiedy tylko na chwilkę zamknęłam drzwi w łazience...
Cały dzień i noc byłyśmy razem... na spacer z Blackim ją zabierałam na rękach... wychodziłam z nią na balkon na rączkach, żeby sobie mogła troszkę świata pooglądać...
Byłam tak bardzo do niej przywiązana. Już wiedziałyśmy z mamą, że u nas zostanie. Dzień przed operacją została podjęta ostateczna decyzja.
Wiem, że gdyby nie jej śmierć, nie byłoby z nami Daisy... ale i tak mi jej brakuje... choć jednocześnie jestem taka szczęśliwa, że jest u nas Daisunia...
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » N lis 01, 2009 11:14

Mam nadzieję, że tam gdzie jesteś jest Ci dobrze i niczego Ci nie brakuje...
Jesteś zdrowa, szczęśliwa, możesz wszystko jeść i możesz biegać po zielonej trawce...
Nie zdążyłam dać Ci wszystkiego, czego chciałam...
Pamiętaj jednak, że uratowałaś inne stworzenie... gdyby nie Ty pewnie nie byłoby z nami Daisy... Niezależnie od tego, nigdy o Tobie nie zapomnę moja kruszynko... pamiętam o Tobie i tęsknie...
Byłaś moim ukochanym, psim dzieciątkiem...
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Ewelajna ;-) » Cz sty 28, 2010 21:18

Pojawiła się na naszej stronie sunia Sara... wróciły wspomnienia... i żal i brak...
Ta mała istotka tyle zmieniła w moim życiu. Dzięki niej jest Daisy... dzięki niej poznałam tą Fundację i mogę mieć kontakt z tyloma dobrymi ludźmi...
Fundacja pomaga mi też oderwać się od moich osobistych problemów.
Boże!Jak ja kochałam tą moją Sarunię... a początkowo miała iść do adopcji...
Później to już była moja córeczka. Nawet do łazienki nie mogłam wejść bez niej, bo płakała pod drzwiami. Z domu prawie nie wychodziłam, bo nie chciałam jej zostawiać, nawet z kimś innym... Czasem było ciężko... bo szalała jak diabli, szczekała czasem w niebo głosy a ja byłam w stresie z pisaniem magisterki, obrona się przesunęła do września... Martwiłam się też okropnie jej stanem zdrowia... miałam bzika na punkcie tego jedzenia... Mieliłam to wszystko blenderem przez pół godziny, później jeszcze przecedzałam przez drobniutkie sitko, rozcierałam na palcu, żeby zobaczyć czy na pewno nie ma jakiś drobinek. Później przelewałam... Rytuał na 3h. Ale jakoś wcale mi to nie przeszkadzało. Jak już nie było tego pisku, tych wymiotów, tego czekania czy będzie dobrze... czy znów zwróci jedzenie byłam szczęśliwa. Zebrałam niezłą ilość ochrzanów, że zgłupiałam na jej punkcie...
Żałowałam tylko,że nie dałam jej wszystkiego co chciałam dać...
Na dwór brałam ją tylko na rękach, bo szczepienia się tak poprzesuwały...
Żal mi było, że nie mogłam jej dać żadnych psich czy innych smakołyków... wciąż tylko ta zmiksowana karma albo mięso... Czasem twaróg, bo uwielbiała i aż się trzęsła na jego widok...
Nawet mój Blacki jakoś się do niej przyzwyczaił, choć na początku dużo nerwów mnie kosztowały ich relacje... bo Blacki ma swój charakterek, a przede wszystkim zazdrośnik taki, że to on musi być w centrum uwagi.
Kurcze i jak już było ciągle lepiej, już się nie spało po 4h na dobę, już tylko raz w nocy było karmienie, już tyle się nauczyła... już tak nie gryzła, nie budziła bolesnym łapaniem za nos, i już tak ją pokochałam, że miała u nas zostać, to ona odeszła.
Jezu, ten dzień i następne to był koszmar... nie pamiętam kiedy ja tyle się napłakałam... i dziwiłam się skąd tyle tych łez... ile może ich być... Ryczałam i ryczałam... I chodziłam po tym mieszkaniu i wszystko chowałam, bo wszystko mi ją przypominało...
I tylko weekend wytrzymałam... bo Sarunia odeszła w piątek i w poniedziałek już u nas była Daisy... a lało wtedy strasznie, adopcji w ten dzień w schronie nie było, ale wolontariuszka przyjechała i nam tą kupkę nieszczęścia przyprowadziła...
I to był mój lek...
Ale wciąż pamiętam to moje psie dzieciątko... To byłby wspaniały, mądry pies...
A jakiś drań ją wyrzucił na zamkniętym, zakrzaczonym terenie... a tej nocy, kiedy ją stamtąd zabrałam, bo to już było po 23, miał być mróz... Wzięłam, a to maleństwo nawet się nie ruszało... a potem tylko ciągle płakała... i wet... i wet... i wet... i te wymioty... i robaki poszły, a nadal źle... i w końcu zdjęcia i ta diagnoza...
Odpowiednie karmienie... Strach na początku, układanie jej, żeby była równiutko, prościutko... potem noszenie na rączkach, żeby na pewno wszystko dobrze popłynęło, póki się nie odbiło... Czasem tylko jeszcze jakieś problemy z kupką, ale już i tak było dobrze...
Już nie płakała, rosła... dawała w kość swoimi szaleństwami... tylko kiedy spała mogłam usiąść do komputera... Tu znowu miałam bzika i stres, żeby czegoś nie połknęła, więc w jej zasięgu nie było nic prócz dużych rzeczy, nie do pogryzienia...
Poza tapetą ;-) Oj trochę mi jej nazrywała...
No ale nie daruje sobie... nie mogę, że zanim się zorientowaliśmy o co chodzi minęły 3 tygodnie, kiedy dostawała po dwie-trzy łyżeczki jedzenia co 2 h... i jeszcze nie dość, że tak mało to część z tego i tak wymiotowała i tylko uciekała, żeby to zjeść ponownie...
Boże... przecież ona biedna musiała być głodna i pewnie dlatego nie chciała w nocy spać...
Jezu, te tygodnie to był koszmar. Jak mi jej było żal... ale nie mogłam nic zrobić... Żadne zastrzyki przeciwwymiotne nie działały...
Fakt, że czasem i 3 razy nie wymiotowała, czasem nawet cały dzień... ale czasem kilka razy pod rząd...
No ale później już na pewno była najedzona i szczęśliwa...
Najpierw dostawała buteleczkę, później dwie... trzy... a później już 4-5 ;-)
No i rosła cudnie... i tak piękniała...
Aa... kocham Cię Saruniu...
Ewelajna ;-)

e-Wolontariusz
 
Posty: 1221
Dołączył(a): So kwi 25, 2009 10:13
Lokalizacja: Łódź

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Tęczowy Most

 



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości