30 kwietnia 2005 roku uśpiłam moją ukochaną jamniczkę Zuzię. Miała 13 lat ,niewydolność mięśnia sercowego i ropomacicze.Chciałam pochować ją blisko domu,pewnie śmiesznie to zabrzmi ale nie chciałam żeby była daleko ode mnie,żeby się bała...
Kupiłam drzewko i pod pozorem posadzenia drzewka wykopałam dół w miejscu nie należącym do nikogo,ale widocznym z okien pobliskiego bloku (nie było to pod blokiem).Był ładny prawie majowy wieczór,ciepło,kilka osób siedziało na balkonach. Nikt nie zwrócił mi uwagi,nikt nie znał prawdziwej przyczyny kopania w ziemi,obok mnie stało bardzo widoczne drzewko,Zuzinki nie było widać...
Pochowałam Zuzię w ukryciu,czułam się jakbym popełniała przestępstwo, a nie żegnała ukochaną sunię, o zapaleniu świeczki nie było mowy,zasypałam ją ziemią,grób przykryłam kilkoma kamieniami i odeszłam.Nie chciałam żeby ktokolwiek zainteresował się tym,co robiłam.
Kiedy przyszłam do niej następnego dnia ,ziemia była rozkopana,kamienie rozrzucone,ktoś jednak widział,komuś przeszkadzało... Wykopałam Zuzię z tego nieprzychylnego jej miejsca, zawiozłam na działkę do rodziców,jest daleko ode mnie ale nikt jej nie niepokoi,świeczki nadal nie mogę jej zapalić ale mam świadomość,że tam jest bezpieczna.
Nie wiedziałam o cmentarzu dla zwierząt,wiem natomiast,że większość ludzi,którzy stracili swoje ukochane zwierzaki grzebią je pod osłoną nocy,wstydliwie,szybko,żeby tylko nikt nie zobaczył,nie zniszczył. Nie ma tu czasu na smutek,zadumę,na łzy.A przecież nie wszystkich stać na cmentarz...



















